Gdy opada świąteczny pył
Święta, święta i po świętach — to hasło, które co roku, mniej więcej 27 grudnia, rozbrzmiewa w domach równie tradycyjnie jak bożonarodzeniowa kolęda. Moja teściowa ogłasza je z triumfem, jakby oficjalnie chciała zakończyć okres świętowania. Ale świętowania czego?
Święta. I co dalej?
No tak, prezenty rozpakowane, choinka zaczyna gubić igły, a my wracamy do codzienności. Magia świąt osiągnęła swój punkt kulminacyjny. Ale czy na pewno? Czy kulminacją „zimowego okresu świątecznego” jest ten powtarzany co roku wspólnotowy rytuał, który kończy się, gdy tylko wychodzą ostatni goście, a w kuchni dosusza się ostatnia umyta filiżanka?
Jak ważne w naszym życiu są rytuały! One łączą, pomagają nam odmierzać czas, odnaleźć się w kontekście epoki, w której żyjemy, znaleźć punkt odniesienia wobec tego, co już za nami, czy doświadczyć choć minimalnej równowagi w pędzącej codzienności. Pędzącej — ale gdzie?
No właśnie. Czy w całym tym pędzie umiem się zatrzymać? Tak szczerze. Czy miałeś, drogi Czytelniku, w ostatnim czasie okazję, by zmierzyć się z sensem przeżywanych przez siebie rytuałów? Czy miałeś na to przestrzeń? Wszak każdy z nas je przeżywa — w kontekście Bożego Narodzenia większość, nawet ateiści. Ale czy kryje się w nich coś więcej niż sentymentalne wspominanie przeszłości w rodzinnych (lub samotnych) okolicznościach?
Kiedy pytania nie chcą ucichnąć
W te adwentowe i bożonarodzeniowe dni odkryłem, że są pytania, na które trudno mi odpowiedzieć — zwłaszcza gdy próbuję ująć je w słowa. Są też i takie, których podjęcie przypomina Jakubowe zmaganie się z Bogiem. W takiej sytuacji staram się pamiętać, że w tym zmaganiu i ja, i Bóg jesteśmy po tej samej stronie. Obaj walczymy o moje serce. Ale tylko Jeden z nas ma do niego klucz.
Jan Chrzciciel wydaje się być człowiekiem rytuału. Człowiekiem symbolu chrztu. Tylko co znaczy ten gest zanurzenia, któremu poddawało się tak wielu? Dla ludzi, którzy przychodzili do Jana, zanurzenie w Jordanie było obmyciem — wyrazem tego, czego pragnęli dla swojego serca.
Ale dla faryzeuszy gest Jana wydaje się być rytuałem, który wymyka się ich rozumieniu. Wytrąca ich z poczucia równowagi. Stanowi zagrożenie. Uderza w ich wrażliwość religijną, w ich pobożność, w ich rozumienie tego, w jaki sposób Bóg chce budować z człowiekiem relację. Dlatego tak bardzo chcą wiedzieć, kim on jest. I tu dzieje się rzecz ciekawa, na pierwszy rzut oka nieintuicyjna: Jan nie mówi im, kim jest, tylko kim nie jest.
Ale kim jestem? Czy to mnie definiuje? Czy to definiuje moją relację z Bogiem? Wydaje mi się, że Jan, odpowiadając na pytanie „Kim jesteś?”, dużo głębiej wchodzi w jego istotę. Kim jesteś? Jaki jesteś w oczach Boga? Jaka jest Twoja tożsamość? Gdzie zapuściłeś korzenie? Jakie i do czego jest Twoje powołanie? Przy wszystkich rolach i funkcjach, którym Jan zaprzeczył (a które są naprawdę zaszczytne), przyznaje się do jednego — jest głosem wołającym na pustyni. To robi. To jest jego powołanie. To jest jego miejsce. To jest jego serce. To jest jego dusza.
Kim jesteś, gdy zdejmiesz etykiety?
Nie wiem, jak Ty, drogi Czytelniku, ale kiedy myślę o odpowiedzi na tak postawione pytanie o własną tożsamość, kiedy mam uzupełnić rubrykę zatytułowaną „Napisz coś o sobie”, zwykle odpowiadam, że jestem mężem, ojcem, nauczycielem, dodając jeszcze kilka ról czy funkcji — salezjaninem-współpracownikiem, szafarzem, podcasterem, jeszcze to czy tamto. I mógłbym tak wymieniać w zależności od tego, na jakim etapie życia jestem.
Jan doskonale zna swoje miejsce. Ta pustynia, na której żyje, pozwala mu wsłuchać się w Głos w jego sercu. I choć nieobce mu są rytuały i gesty (są wszak jego narzędziem ewangelizacyjnym), kiedy staje twarzą w twarz z Chrystusem, rozpoznaje Go, w pokorze uznając swoją małość. Coś, czego nie potrafią uczeni w Piśmie. Jestem głosem. Jestem narzędziem. Jestem uszami, oczami, rękoma, nogami. Jestem sercem, które woła. W moim małżeństwie, rodzinie, w domu, w szkole, w pracy, wśród młodzieży, wśród mężczyzn, wśród kobiet, wśród dzieci… Bóg zadaje mi dziś to pytanie — także poprzez historię spotkania Jana z faryzeuszami, choć nie tym samym oskarżycielskim tonem, którym przemawiają oni.
Głos, który nie daje spokoju
W świecie, który coraz szybciej wytwarza kolejne role, etykiety i oczekiwania, pytanie „kim jesteś?” brzmi dziś bardziej prowokująco niż kiedykolwiek. Może dlatego tak łatwo uciekamy w rytuały — bo dają pozór stabilności, nawet jeśli nie dotykają już naszego wnętrza. To właśnie po świętach, kiedy opada dekoracyjny pył i wracamy do codzienności, pytania „po co to wszystko?” czy „kim jesteś?” mogą wybrzmieć mocniej. Jan Chrzciciel przypomina coś, o czym współczesność woli nie mówić: że tożsamość nie rodzi się z funkcji, lecz z relacji; nie z tego, co o sobie opowiadamy, lecz z tego, co naprawdę nas porusza. I może właśnie dlatego jego głos z pustyni wciąż wybrzmiewa tak mocno. Bo w epoce hałasu i pędu ktoś, kto naprawdę wie, kim jest — i Komu służy — staje się znakiem sprzeciwu. A może także zaproszeniem, byśmy i my odważyli się usłyszeć własny głos, zanim zagłuszy go codzienny zgiełk.
Karol Sęk SSW, CL Łomianki
